Wieczór pełen wrażeń - ECS Season 6

Pierwsze z czterech starć w lidze ECS rozpoczęło się od mapy inferno, na której Virtus.pro podejmowało najlepszą drużynę świata – Astralis.

Pistoletówka to nie wszystko

Spotkanie zaczęło  się od rundy pistoletowej na korzyść Virtus.pro. Dobry początek nie przełożył się jednak na pierwszą część gry. VP niestety oddało zupełnie inicjatywę Astralis, a dobre akcje polskich zawodników można było policzyć na palcach jednej ręki. VP zdobyło zaledwie 3 rundy po stronie atakującej.

Gra po stronie CT wyglądała jednak zupełnie inaczej. Virtusi ponownie wygrali pistoletówki, ale tym razem udało się wykorzystać przewagę ekonomiczną na swoją korzyść. VP powoli odrabiało straty i z wyniku 3:12 udało się uzyskać rezultat 7:12. Na szczególną pochwałę na tej mapie zasługuje snatchie, który wielokrotnie pełnił główną rolę w ofensywie VP. Wyraźnie podrażnieni Duńczycy w końcu się obudzili i doprowadzili bez większych problemów do zakończenia spotkania. Ostateczny wynik to 16:8.

Statystyki na mapie inferno

Źródło: hltv.org

Druga mapa rozgrywana była na mirage i przyniosła ona zdecydowanie więcej emocji. Widzieliśmy tutaj typową wymianę ciosów na najwyższym poziomie. Prowadzenie 2:0 dla VP, chwilę później 2:3, bo potem odrabiać starty przy wyniku 3:5. Następnie bardzo dobra seria zwycięstw i wynik do przerwy 9:6.

Virtusi musieli pokazać się również z dobrej strony grając po stronie broniącej i do pewnego momentu wychodziło im to bardzo dobrze. 4 kolejne rundy padły łupem Polaków i wydawało się, że sensacja powoli staje się faktem. 13:6 może wydawać się bezpiecznym wynikiem, ale nie w przypadku Virtus.pro. VP już kilkukrotnie przegrywało spotkania w stosunku 14:16 i trwoniło w ostatnim czasie podobne przewagi. Tym razem po raz kolejny czarny scenariusz stawał się coraz bardziej realny. Po raz kolejny coś się zacięło w poczynaniach Polaków i przewaga kilku rund, zaczęła coraz bardziej topnieć. Doprowadzenie przez Astralis do remisu 13:13 nie zwiastowało niczego dobrego. VP odpowiedziało na 14:13, ale chwilę później zrobiło się już 14:15 dla Duńczyków.

Decydująca runda nie zaczęła się dobrze ponieważ Astralis szybko wyeliminowało Micha oraz Pashę. Przewaga najlpeszej drużyny świata zaczęła drastycznie rosnąć. Astralis zdążyło do tego podłożyć bombę i na kilkanaście sekund przed końcem rundy pozostał jedynie Neo w sytuacji 1v2. Legenda polskiego CS’a zdołała wyeliminować swoich rywali, ale czasu na rozbrojenie bomby już po prostu zabrakło.

Statystyki na mapie mirage

Źródło: hltv.org

Ponownie pozostał ogromny niedosyt, ale można było oczekiwać zaciętej walki przeciwko Faze.

Cenne punkty

Trzeba przyznać, że w pierwszym starciu przeciwko Faze było widać ogromną pewność siebie w poczynaniach zawodników Virtus.pro. Zwłaszcza w przypadku Neo, który rozkręcał się z rundy na rundę.

Oglądając to spotkanie można było sobie przypomnieć piękne czasy w których VP nie dawało większych szans swoim rywalom. Tak też było i tym razem. Niedźwiedzie grały jak z nut. Niezależnie od sytuacji zawsze ktoś był w odpowiednim miejscu, aby uratować korzystny rezultat. 

Wynik 14:1 do przerwy mówił sam za siebie. Co prawda po stronie broniącej VP musiało rozegrać, aż 6 rund aby dopiąć swego, ale z pewnością przed tym spotkaniem każdy fan Virtus.pro wziąłby w ciemno wygraną nad Faze. 

Statystki na mapie cache

Źródło: hltv.org

Udowodnić swoją wartość

To że wygrana 16:5 na cache nie była przypadkiem potwierdziło się również na trainie. VP ponownie rozpoczęło od wygrania 2 rund, ale tym razem szybko pozwoliło Faze na doprowadzenie do remisu. To by było jednak na tyle uprzejmości ze strony VP podczas pierwszej części spotkania. Ponownie brylował Neo, który ugrał nawet sytuację 1vs3, ale nie sposób nie docenić dobrej dyspozycji pozostałych zawodników Virtus.pro. Polacy kończyli mapę train po stronie CT z dorobkiem 13:2.

Zmiana na lepsze

VP ponownie było lepsze w rundzie pistoletowej, dzięki czemu zwycięstwo było już na wyciągnięcie ręki. Co ciekawe VP jeszcze kilka miesięcy temu miało ogromne problemy, aby wygrać jakąkolwiek pistoletówkę. Obecnie virtusi bardzo często przechylają takie rundy na swoja korzyść, a dzisiejszego wieczoru wygrali wszystkie 8 pistoletówek. 

Nerwowa końcówka

Virtus.pro jednak nie było by sobą, gdyby od razu domknęło mecz. Faze zaczęło wracać z wyniku 14:2 i zaczęło się robić naprawdę nieprzyjemnie. Wynik 15:11 był już bardzo niebezpieczny, a sytuację skomplikowała jeszcze przegrana runda na pełnym wyposażeniu. Oznaczało to rundę eco w wykonaniu VP i widmo dogrywki stawało się coraz większe. Niestety dodatkowe rundy stały się faktem i mecz rozpoczął się praktycznie od zera.

Ciężkie chwile

Pierwsze dwie rundy dogrywki przebiegały pod dyktando triumfatora EPICENTER, ale na szczęście ostatnią z nich udało wyrwać się graczom VP. Spora zasługa w tym Pashy, który bardzo mądrze zachował się będąc sam na sam z rywalem. Ugrany clutch przedłużył nadzieje na udaną dogrywkę dla polaków. 

Chwilę potem udało zdobyć się kolejny punkt na 17:17, ale to był niestety ostatni pozytywny akcent w wykonaniu Virtus.pro. Faze dołożyło na swoje konto kolejne 2 rundy i postawiło kropkę na i.

Statystyki na mapie train

Źródło: hltv.org

Niedosyt pozostał

Virtus.pro z pewnością może żałować niewykorzystanych szans, ponieważ przy odrobinie szczęścia mogło kończyć dzisiejszy dzień z trzema zwycięstwami na swoim koncie. 

Jednakże biorąc pod uwagę ostatnie rezultaty VP trzeba ocenić dzisiejsze występy zdecydowanie na plus. Mało kto sądził, że Virtusi nawiążą równą walkę z topowymi drużynami CS'a, nie wspominając o wygraniu jakiekolwiek mapy. 

Virtus.pro może jeszcze namieszać w lidze ESC, ale żeby to osiągnąć trzeba przynajmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze należy zachować pewność siebie, którą mogliśmy dzisiaj często oglądać. A po drugie konieczne jest wytrzymanie presji i nie dopuszczanie do kolejnych sytuacji, kiedy to przeciwnicy wracają - przy wydawało by się wygranym meczu przez VP.

GOLDENFIVE